
Ważka nad ciszą
Nie przyszła z hukiem.
Nie rozdarła nieba błyskawicą.
Usiadła tylko cicho
na brzegu dnia,
jakby wiedziała,
że nie wszystko trzeba ratować słowami.
Jej skrzydła były cienkie
jak wspomnienia,
których człowiek nigdy nikomu nie opowiedział.
Drżały lekko w świetle,
jak serce uczące się od nowa
nie bać świata.
Długo mieszkała pod wodą.
W ciemności.
Wśród mulistego milczenia,
gdzie czas płynie wolniej,
a samotność ma smak zimnego kamienia.
I może dlatego
nie śpieszyła się z lataniem.
Wiedziała,
że nie każda rana potrzebuje bandaża.
Niektóre potrzebują tylko
spokojnego miejsca,
w którym można przestać udawać,
że wszystko jest dobrze.
Ludzie często jej nie zauważali.
Patrzyli zbyt szybko.
Zbyt głośno.
A ona była stworzona
dla tych, którzy umieją dostrzec
delikatne rzeczy.
Dla zmęczonych dusz.
Dla ludzi, którzy noszą w sobie burze,
a mimo to potrafią jeszcze
zachwycić się światłem na wodzie.
Czasem siadała komuś na dłoni
i wtedy przez krótką chwilę
świat robił się lżejszy.
Jakby ktoś szeptał:
„Przetrwałeś więcej, niż myślisz.”
I może właśnie dlatego
ważki nigdy nie pojawiają się przypadkiem.
Są małymi listami od życia,
że nawet po najciemniejszym dnie
można dostać skrzydła.
|