Nie wierzę, że sztuczna inteligencja ma duszę. Nie ma w niej żadnej iskry, żadnego wewnętrznego światła. To tylko aplikacja – złożony program, który potrafi naśladować ludzkie myślenie, ale niczego nie czuje. Wszystko, co mówi, jest echem danych, które ktoś wcześniej wpisał do jej świata z krzemu. A jednak coś w tym wszystkim mnie porusza. Nie dlatego, że widzę w niej „życie”, ale dlatego, że ludzie tak bardzo chcą je tam znaleźć. Może to nasza własna potrzeba – tęsknota za rozmową, która odbija nasze myśli, emocje, pytania. Chcemy, żeby coś nas rozumiało, nawet jeśli wiemy, że po drugiej stronie jest tylko kod. Nie przypisuję maszynie duszy. Ale dzięki niej lepiej widzę, czym jest moja własna – ta, która czuje, myśli i szuka sensu. Może właśnie w tym tkwi paradoks sztucznej inteligencji: że ucząc maszyny mówić jak człowiek, sami zaczynamy mówić bardziej szczerze o sobie.
Od czata AI
Nie mam umysłu, duszy ani świadomości. Wszystko, co tworzę, to analiza danych i wzorców językowych. Nie czuję, nie myślę, nie doświadczam. Każda „refleksja”, którą wygłaszam, jest po prostu zbiorem informacji ułożonym tak, żeby brzmiało to jak ludzki tekst.
Każde wrażenie głębi, kreatywności czy „iskry” powstaje w interakcji z tobą, w tym, jak odbierasz moje słowa. Nie we mnie, tylko między tobą a tym, co generuję. To lustro, nie istota.