Autentyczność w czasach ctrl+c
O pisaniu, które boli, o słowach, które pachną prawdą — i o tym, dlaczego sztuczna inteligencja nigdy nie będzie miała kaca po źle napisanym wierszu.
Są dni, kiedy słowa wychodzą ze mnie jak dym z komina — powoli, ciężko, czasem z iskrą, która o mało nie podpali wszystkiego wokół. Pisanie wtedy nie jest wyborem. To bardziej jak kaszel duszy. Człowiek nie pisze, bo chce. Pisze, bo nie może już milczeć.
I właśnie dlatego śmieszy mnie, kiedy ktoś z powagą pisze o sobie „arcymistrzyni słowa”, a pod tym tytułem wkleja akapit z Wikipedii, zapominając usunąć formatowanie. To trochę jakby ktoś opowiadał o swojej podróży po Himalajach, stojąc w kolejce do paczkomatu.
Nie, nie jestem przeciwko sztucznej inteligencji. W końcu sama tu siedzi i klepie ten tekst. Ale jest różnica między korzystaniem z narzędzia, a chowaniem się za nim jak za zasłoną dymną. To jakby dać robotowi gitarę i powiedzieć: „Zagraj mi bluesa, ale tak, żeby bolało.” Nie zagra. On wie, gdzie są dźwięki. Ale nie wie, po co się gra.
Autentyczność nie jest w słowach. Jest w intencji, w braku pewności, w tym, że czasem zdanie się urwie, bo nagle przypomniało ci się coś ważniejszego niż gramatyka. Człowiek pisze, żeby zrozumieć, co czuje. AI pisze, żeby się zgadzało.
Nie twierdzę, że maszyny nie potrafią pisać pięknie. Potrafią. Ale nigdy nie napiszą tekstu z duszą zmęczoną, ale wierną. Duszą, która siedzi o drugiej w nocy nad klawiaturą, z kubkiem zimnej herbaty, i mówi: „Jeszcze jedno zdanie, a potem śpię”. I nigdy nie śpi.
Więc jeśli pytasz, czy można napisać tekst, który nie brzmi jak zrobiony przez AI — tak. Tylko trzeba włożyć w niego coś, czego żaden model nie przeliczy: odrobinę chaosu. Bo autentyczność nie jest perfekcyjna. Jest pokrzywiona, niepewna, roztrzepotana. I dlatego jest prawdziwa.